desvelarse blog

Twój nowy blog

Uwaga uwaga, Anna M powraca :P

teraz z ostrzejszymi ząbkami, bardziej przenikliwym spojrzeniem i niepowtarzalnym zapachem cytrynki ;P

A tak na serio… to jak w tytule – wreszcie sie wzielam, zebrałam i może troszku popisze…
Ehh

tylko nie mam pojecia o czym :p
bo od ponad tygodnia dnie spedzam na ogladaniu „kotow” oraz przesiadywaniu prezd komputerem ;) a to wszystko prezz okropne, obrzydliwe i wstretne chorobsko… :/

no i mozg mi sie bez szkoły lasuje… niestety. cieżko, cieżko…

ma ktos jakis dobry sposob na nude..? ;>

Wczorajszy dzień przejdzie w przyszłość do historii.
Jako Dzień, W Którym Anna Doszła Do Władzy. ;)
Czyli po prostu wczoraj, na godzinie wychowawczej ustalaliśmy samorząd klasowy. Oczywiście wybory były ustawione ;P a raczej ustawiane przez Czupera tuż przed głosowaniem. Czyli po prostu mądry kolega pokazał reszcie klasy, że mają głosować „na nią i na niego!” czyli na Prezesa i na mnie. Najśmieszniejsze było to, że lud tak się zebrał, że miałam 4 głosy więcej od Pawła i mało brakowało, a zostałabym szefem klasowym… Ale na szczęście zarządaliśmy drugiej tury i w związku z tym zostałam vice. ;) Ha, ja na miejscu 2d zaczęłabym się już bać. :P Widać, że nie wiedzą co ich czeka… ;]
W każdym razie… dopiero co minął pierwszy dzień szkolnej edukacji, a my już mamy tonę pracy domowej – historia, matma, chemia… A właśnie, chemia. Pani Nowak nas porzuciła (żegnaj piątko na świadectwie maturalnym :/ ) i teraz uczy nas Piaskowy Ludzik z Kosmosu. xD
Przylatuje do nas swoim Piaskowym Statkiem, ale przesiada się w samochód, żebyśmy się nie domyślili kim na prawdę jest. ;P W każdym razie taka jest wersja chłopców.
No i cały czas nam opowiada, że tam w kosmosie to te kationy i aniony to one tam z krzemem i w ogóle no i tam może być życie… ;) Także jest wesoło.

Dziwnie mi pisać.
To przez wyjazd do Skawiny.
To dlatego mam hasło.
To dlatego muszę się jakoś zebrać i znów zacząć sobie bazgrolić w najlepsze…
Ale co tam, da się radę. ;)

A byłam pewna, że nikt o tym nie wie…

Mmm…

5 komentarzy

Spać.
I na tym jednym słowie mogłabym zakończyć dzisiejszą notkę, gdyby nie to, że najzwyczajniej w świecie nie mam co robić. :P W związku z powyższym wlazłam na bloga i skrobię sobie takie małe głupotki dla zabicia czasu…
Byle do wieczora. :)
Wczoraj Prezes miał urodziny, więc poprosiliśmy Agusię, żeby się z nim na dziś w knajpie umówiła. I robimy mu Szymona Majewskiego – w połowie ich randki wyskoczymy spod stolika śpiewając „sto lat”. ;) W każdym razie taki jest plan. Jedynym jego mankamentem jest to, w jaki sposób po ciemku zakradniemy się pod stolik niezauważeni (i jak znajdziemy właściwy oczywiście). No ale kto by się tam drobiazgami przejmował. :P
Anyway… musimy jeszcze do wieczora wykombinować jakiś prezent. Kurlet jak na razie wydusił od brata kieliszek z Barcelony (Prezes kocha FC Barcelonę), a teraz maluje laurkę. :D No, przynajmniej oryginalny pomysł jak na 17ste urodziny… ;P
Zna ktoś może sklep z krawatami w Krakowie? Przydałby się. :]
Fff… szkoda, że tak buro dziś. Ciemno, szaro. No i straaasznie śpiąco. I to mają być wakacje?! Sierpień?
Oszustwo. :P
Ja zgłaszam reklamację. Chcę ciepełka i słoneczka. Tylko tyle mi sdo szczęścia w wakacje potrzeba. ;)
No ale może choć w ostatni weekend sierpnia będzie pogoda… Jedziemy wielką grupą znajomych (z byłej 1a i byłej 1d) do Szczawnicy na 3 dni – Pituś ma znajomości w pensjonaciku, więc będziemy płacić tylko za posiłki. :D Heh, niech żyje Pituś. ;)
Łaaaaa (odgłos charakterystyczny dla tej niewyspanej i sennej części społeczeństwa oznaczający chęć natychmiastowego powrotu do łóżka i zagrzebania się w cieplusiej kołderce…).
O, już prawie 16. Znaczy, że jeszcze li i jedynie 2 godziny.
Hmm. Idę myć głowę. :P Coś w końcu trzeba ze sobą zrobić, nie można kolegów wystraszyć swoją osobą… ;)
Po chwili namysłu dorzucam także to :P

ann.GIF

Tak właśnie wyglądam ;)

To ja znikam.
:*

No i przez te wszysktie wypady nie było jak ani kiedy pisać na blogu. :P (a wcześniej, przed wypadami na miasto to się odsypiało wyczerpujący miesiąc w Paryżu)
A to wszystko dlatego, że chłopcy wrócili w niedzielę wieczorem z Korsyki i trzeba było to uczcić w poniedziałkowy wieczór w Crape Diem. ;> Tylko, że mądra Ania ani nie wiedziała ani gdzie to jest ani jak tam dojść. :P A co lepsze zdołały jej uciec dwa trambaje z Kurdwanowa (co podbiegałam to odjeżdżał świniak ==’ ), a trzeci posiadał tak miłego i kulturalnego pana tramwajarza, że na każdym przystanku stał conajmniej 2 minuty i poruszał się z prędkością chulajnogi… No ale w końcu, jakimś cudem udało mi się dojechać w okolice Poczty Głównej. Potem w miarę szybko udało mi się odnaleźć rzeczony pub i kończąc rozmawiać z koleżanką zagłębiłam się w czeluściach tego nieznanego i tajemniczego miejsca. Po zejściu niekończącymi się schodami moim oczom ukazała się… ciemność. No dobra, może nie taka zupełna ciemność, bo rozświetlana mdłymi płomykami świeczek znajdujących się na co czwartym stoliku, ale i tak nic nie było widać. A już na pewno nie twarzy ludzi, którzy siedzieli w środku. W dodatku przede mną znajdowało się małe pięterko na którym było kilka stolików, pod pięterkiem także siedziały jakieś osobistości, w sali na lewo, która posiadała rozwidlenia do innych sal też byli ludzie… I jak ja tam miałam znaleźć kogokolwiek znajomego?
Po krótkiej chwili zupełnej konsternacji zaczęłam grzebać w torbie w nadziei odnalezienia komórki. A to dlatego, że ona tak świeci, że wszyscy mnie po niej poznają. ;D A gdy tak stałam i szukałam mej wybawicielki z tego prowizorycznego pięterka zszedł jakiś wysoki chłopak. Zszedł sobie, stanął i zaczął mi się przypatrywać. Zawsze ignoruję takich typów i tym razem też udawałam, że jestem całkowicie pochłonięta szperaniem w torbie. Do czasu aż chłopak śmiesznie przekrzywił głowę i powiedział „cześć Anka”. I co się okazało? że to kochany brat, Kurlet w sensie! :)
Po wejściu na pięterko okazało się, że siedzą tam Student (teraz ma nową ksywę, Stanley), Daruś (ha, przyjechał aż z dalekich Mazur do nas ^^ ), Peku (brat brata ;) ) i Kryczas (o którego dzikich i niewyżytych ekscesach z Nicol i Alicją usłyszałam tamtego wieczoru chyba z tysiąc opowieści :P ). Jak już się nam udało z bratem ulokować obok nich (siedzieliśmy przy dwóch okrągłych, złączonych ze sobą i bardzo chwiejnych stolikach) to przyszło do zamawiania trunków, czyli piwa (0,5 l za 2,90 w poniedziałki ;P ). Peku (jedyny dorosły spośród nas ;P ) zrobił lekko błagalną minę, kiedy Kurlet spytał czy chcę, żeby mi Peku zamówił coś do picia. Ale zaraz odzyskał werwę i zadał z pozoru niewinne pytanie („żywiec czy warka?”). Chłopcy umilkli. :P A po mojej odpowiedzi („pewnie, że warka :D „) wybuchli śmiechem i stwierdzili, że zdałam test. Na moje pytanie, kto nie zdał okazało się, że Kryczas (wiedziałam ;P ). Potem, przez kolejne 2 godziny usłyszałam niezliczoną ilość opowieści o romansach Kryczasa (które zaczęły się już w autokarze), jego teksty do tych 14letnich dziewcząt i kilka śmiesznych dowcipów (z dziada pradzida, o mistrzu ciętej riposty, itp). Także było śmiesznie. :)
Potem do stolika obok nas zawitała delegacja (byłej) klasy 1a – czyli Józio, Tomson i ich kolega-którego-imienia-nie-pamiętam ;P a potem do tego zacnego grona dołączyła także Krao (Bratowa xD ) ze swą kuzynką. I za to lubię Kraków – bo sprzyja takim przypadkowym spotkaniom. ^^
O pół do 11 wyturlaliśmy się wszyscy z knajpy i zrobiliśmy zbiorowego gwoździa na krawężniku tuż przy wejściu. ;D Mieliśmy zamiar udać się do Maca ale porzuciliśmy ten pomysł, bo Daruś ze Stanem musieli już jechać do domu, Kryczas już dawno się zmył, a 1a (z wyjątkiem Karo) stwierdziła, że jeszcez zostaje. Także w końcu była nas tylko czwórka – brat, ja, bratowa i peku (z czego te dwie końcowe osobistości się zgubiły i musieliśmy na nich z Kurletem czekać pod Mariackim…). W końcu koło 11 wylądowaliśmy z bratem pod moim domem (musiał mnie odprowadzić, żeby się moja kochana Mamunia nie stresowała). Oczywiście już w okolicach Gertrudy słuch o Peku i Karo zaginął (brat brata wielce zdezorientowany zadzwonił gdy właśnie zamieżałam wskoczyć pod prysznic, więc go uspokoiłam, że Marcin zaraz ich znajdzie).
A w środę zgadaliśmy się z Prezesem na giegie, że fajnie by było gdzieś znów wyjść. W związku z tym Prezes obdzwonił wszystkich ale okazało się, że:
Kurlet nie może bo ma przekitrane po poniedziałku (wrócili z Pekiem do domu po 2 bo im autobus uciekł),
Peku pojechał do Brzoskwini kosić trawę (w związku z tym słuch o nim zaginął),
Student właśnie się pakuje, bo po południu jedzie do babci na wieś na 2 tygodnie,
Daruś gorączkowo sprząta pokój bo rodzice przyjeżdżają wieczorem,
Kryczas się nie nadaje ;P
a Chmielu przepadł.
W związku z powyższym Prezes dramatycznie oklapł, a ja wyszłam z siostrą na spacer. ;D Łaziłyśmy sobie po plantach, rynku, posiedziałyśmy 40 minut pod św Wojciechem (siostrzyczka musiała się pączkiem pożywić i nie szło jej to najszybciej…), aż w końcu udało mi się ją zaciągnąć w stronę domu. Szłyśmy sobie kulturalnie Grodzką, aż tu nagle przed nami zatrzymały się jakieś dwa osobniki i zaczęły pokazywać na mnie palcem próbując nie wybuchnąć śmiechem. I co się okazało? że to Karo i Pituś! :D Rzuciliśmy się sobie w objęcia ;) i stojąc na środku chodnika zaczęliśmy ożywioną konwersację. Okazało się, że Pituś wyjeżdża następnego dnia rano i środowy wieczór jest jedynym terminem, kiedy możemy się spotkać. W związku z tym szybko ustaliliśmy, że „19 pod Empikiem” ;) i ruszyliśmy w stronę MaxMary (ukochana Pita jest z Bielska, a jej mama ma tam sieć MaxMar i Pituś chciał wziąć wizytówkę), ale się okazało, że niestety wizytówek ani żadnych tego typu ulotek nie ma. Biedny Pit oklapł równie dramatycznie jak Prezes wcześniej, ale poprawiło mu się samopoczucie jak mu powiedziałam, że na stronie internetowej na pewno będzie. ;) (klasa matematyczno-informatyczna to się myśli o takich rzeczach :P ).
A o 19:30 (Karo z Pitem się spóźnili) ruszyliśmy w stronę Carpe Diem 2. Szadi po 20 minutach się zmył (akurat na ten jeden jedyny dzień przyjechała doniego babcia, a babcia nie może zostać sama w domu bo inaczej palpitacji serca dostanie), ale i tak zdążył jeszcze zobaczyć, jak Prezes bije swój własny rekord w wypiciu 0,5 litrowego piwa – jedyne 14,01 sekundy. :P Potem wysłuchiwałyśmy z Karo opowieści o „nerwicy paranormalnej” jego wujka, a na końcu ustaliliśmy, że wyjeżdażmy do Szczawnicy w ostatni weekend wakacji się wyszaleć. ;D
A o 22 wylądowaliśmy w Macu na Floriańskiej (po drodze Józio, Tomson i pit wyśpiewywali pod niebiosa irlandzkie piosenki, a Karo i ja próbowałyśmy za wszelką cenę ich uciszyć). Na miejscu stwierdziliśmy, że zrobimy zbiorowego Szymona Majewskiego i: Józio z Tomsonem zaczeli nawijać po angielsku, Pituś i Karo po włosku a ja po francusku. ^^ Chłopcy wzieli po McRoyalu (Pit nawet dwa, więc ochrzciłyśmy go z Bratową „un garcon de double McRoyal” xD ), a my wylądowałyśmy przed menu i stwierdziłyśmy, że najlepiej będzie jak weźmiemy „gelato avec caramel ;> ” (tak to jest jak jedno tylko po włosku a drugie tylko po francusku). Przy kasie dogadałam się z panią (która się cały czas uśmiechała, tylko widać było popłoch w jej oczach ;P ), że my chcemy dwa duże lody z karmelem – oto instrukcja – „Nous voudrons deux (tu pokazujemy pani na paluszkach ile), deux glaces… glaces… (tu żeby wypaść autentyczniej rzucamy Karo spojżenie pod tytułem „pomóż” i mało pewnym głosem pytamy (z francuskim akcentem oczywiście) „ajs khim?”, Karo przytakuje żywiołowo i a my kontynuujemy zamówienie), grands (tu pokazujemy, że mają być duże) avec le caramel… (i tu posyłamy pani ekspedientce pełne nadziei spojżenie)”. No i nie powiem, nie było tak trudno, pani nas zrozumiała. xD Na koniec rzuciła co prawda, że „sęk” się należy (5 zł), a na paragonie było 7, ale kto by się tam przejmował.. ;)
Już po chwili siedzieliśmy sobie w piątkę przy stoliku wykrzykując po obcemu. Cała, caluteńka sala na nas patrzyła. xD A jeden facet dał się nawet nabrać i przemówił do nas „piano, piano”. Piano to było przez 2 sekundy, a potem na nowo zaczęliśmy żywiołowo dyskutować. Karo usłyszała, jak facet mówił po polsku „No tak, Włosi to temperament, trzeba im wybaczyć…” :D A najlepsze było to, że tak po 20 minutach wkręcania ludzi do Józia zadzwoniła komórka. Józio odbiera i „Cześć mamo… nienie, spokojnie, w macu ze znajomymi jestem”. My w tym momencie w ryk. ;D
Po telefonie Józio z Tomsonem się zebrali, pożegnaliśmy się po włosku, francusku i angielsku, a po chwili Karo, Pituś i ja także opuściliśmy ten fastfoodowy przybytek. Przez całą długość Floriańskiej szliśmy zataczając się ze śmiechu po naszym występie i ustaliliśmy, że koniecznie trzeba to powtórzyć. ^^ Okazało się, że Karo i Pit (którzy dopiero się rok włoskiego uczą) tak średnio mówią, bardziej improwizują i że Karo mówiła coś w stylu „ja być lód truskawkowy” XD . A u wylotu, prawie obok Mariackiego nagle usłyszeliśmy za nami głos „Ja WIEDZIAŁEM że nie jesteście obcokrajowcami!”. Na to my w jeszcze większy śmiech. „Ubiór was zdradził!” – tu już po prostu usiedliśmy na ulicy trzymając się za brzuchy. ;) Okazało się, że to jakiś student wyszedł za nami. Ale stwierdził, że całkiem przyjemnie było. ^_-
W związku z tym udaliśmy się pod Adasia i zaczęliśmy mu bić pokłonu wykrzykując co chwilę „Masteh, master, maestro!”. A potem zgodnie stwierdziliśmy, że opłaca się chodzić do językowego liceum im. Adasia M. ;D
Później spotkaliśmy jakiegoś Niemca z Hannoweru (robił zdjęcia kieliszkowi piwa) i zaczęliśmy go wkręcać, że Pit („Das ist Pejta! :D ” ) też jest z Niemiec, a Karo ma mamę Włoszkę a tatę anglika i wykrzykując pół zdania po angielku a drugie pół po włosku oznajmiła, że ona już sama nie wie po jakiemu ma gadać… xD No, ale w końcu się przyznaliśmy, że my stąd. ;) Facet zaczął się śmiać i skończyło się na tym, że życzyliśmy sobie nawzajem udanej nocy. A na Grodzkiej spotkaliśmy Włochów. xD Karo oczywiście zaraz zaczęła po włosku i po chwili okazało się, że była w miasteczku z którego pochodził ten facet i jego kolega. Pożegnawszy się z Włochami ruszyliśmy w stronę mego domciu nienękani już przez nikogo. ;)
Karo z Pitusiem wskoczyli w tramwaj (akurat podjechała 8) i tak rozstaliśmy się… na prawie dwa tygodnie. :/ No ale nic, przynajmniej się wyśpię… ;D

Teraz nowsza, lepsza i z ostrzejszymi pazurkami! ;) Nie no, to zart oczywiscie. :) Niemniej jednak wrocilam, jak widac. Na czas nieokreslony co prawda, ale jednak.
Hmm… Siedze sobie teraz w pieknym i zimnym (3 dni pod rzad w swetrze – tego ustawa nie przewiduje) Paryzu i za Chiny Ludowe nie chce mi sie odrabiac mojej devoirs – czyli pracy domowej (juz widze, jak sporej czesci populacji zagladajacej na tego bloga zrenice staja sie nieproporcjonalnie wielkie… ;P Spiesz z tlumaczeniem – otoz familia ma, wielce szacowna, postanowila mnie, dziecie o niekwestionowanych zdolnosciach lingwistycznych , zapisac na Alliance Française w celu udoskonalenia i poszerzenia mej skromnej wiedzy w dziedzinie jezyka zabojadow. No i w zwiazku z tym caly lipiec spedze niezwykle aktywnie i produktywnie na przyswajaniu sobie francuskiego. Nie musze chyba pisac, ze cudownych geniuszy matematycznych, z ktorymi mam niewatpliwy zaszczyt uczeszczac do klasy lekko wgielo, kiedy uslyszeli o mych planach wakacyjnych… ;P Uspokoilam ich (troche) obietnica, ze caly sierpien spedze lezac do gory brzuchem (w Krakowie, rzecz jasna) i ze z chcecia poczolgam sie z nimi od czasu do czasu do kina, na bilard, badz impreze… ;) ).
W kazdym razie teraz siedze sobie daleko, daleko i juz troche tesknie za tymi dziadami. Ale co tam, Anna jest silna kobieta. ;>
Fff… Jakos tak srednio mi idzie dzis pisanie. Chociaz troche sie rozkrecilam (na szczescie). Anyway – nie cierpie pisac na tym cholernym wynalazku szalonego Francuza (to cos przez informatykow zwane jest popularnie „azerty”), ktory przez wielkich optymistow i niezwyklych amatorow zwany jest „klawiatura”. To jest jakies pomowienie, zadna klawiatura, ani na tym pisac, ani tym rzucac, taki syf, ze hej. Jednym slowem – bleee.
… Lezy tu obok mnie „Cien wiatru” i kusi zeby go czytac. A niech tam, poczeka se. :P
A wlasie, tak à propos ksiazek – bylysmy wczoraj z Krysia (mama Marysi, jak bylam mala, to sie mna zajmowala jak przyjezdzalam do taty) i Marysia (siostra ma) we fnacu (taki sklep empikopodobny, w Polsce sie traffic nazywa) i dokonalysmy zakupu kilku powiesci, zeby uzupelnic braki w czytaniu.
A wlasnie – jestem z siebie strasznie dumna, bo juz moge czytac ksiazki en français! ;> Co z tego, ze czesc z nich jest dla przeznaczona dla dzieci 9letnich? :P Liczy sie to, ze rozumiem. :)
Z fnaca wracalysmy autobusem. Kocham paryskie autobusy! ;D
Prowadzil taki niepozorny, leciwy staruszek. Boze, jak on bral zakrety! :P To byl chyba jakis emerytowany kierowca formumy 1 (conajmniej! ;) ). W kazdym razie wrazenia z podrozy paryskim autobusem sa porownywalne do wrazen jakich doswiadczasz siedzac w rozpedzonym roller coasterze… Z tym, ze tam przynajmniej masz zapiete pasy! ;P Mogliby uprzedzac ludzi, ze przejazdzka takim wehikulem to sport ekstremalny… A najlepsze jest to, ze w srodku byly praktycznie tylko i wylacznie siwiutkie i drobniutkie staruszki. I te babuszki doskonale wiedzialy, kiedy sie maja mocniej zlapac drazka, a kiedy moga go lekko trzymac. Strasznie smiesznie to wygladalo, jak tak wszystkie na raz lapaly sie tych slupkow… ;)
Albo za mlodu tez jezdzily formula 1, albo od urodzenia spedzaly czas wolny podrozujac tym nietypowym srodkiem transportu, innego wyjscia nie ma! ;P
A, bylabym zapomniala – wiecie jak nazywa w pieknym kraju zabiojadow nazywa sie najnowszy model odkurzacza, czyli czmowiek, ktory dal sie zapuszkowac (czyli po prostu Darth Vader)? Nie, nie Darth Vader, gdzie tam, to by bylo za proste. :P Otoz… (ekhem, ekhem) panie i panowie, mam niezwykla przyjemnosc przedstawic wam… „Dark Vadora”! Prawda, ze ladnie? ;P
A tak w ogole, to lubie przyjezdzac do Francji. Jest bardzo ciekawie, moge dowiedziec sie tylu nowych rzeczy – ze na przyklad we Francji nikt nie umiera na AIDS. Niezle nie? A wiecie czemu? Bo ci co umieraja, to oni umieraja na SIDA. A dlaczego? Bo byli zarazeni wirusem VIH. No. To z takich nowinek biologicznych.
Buuu… Tyle bym dala, zeby pogadac sobie z kims na giegie… :/ Co prawda sciagnelam i zainstalowalam sobie to dziadostwo, ale u taty na komputerze po kilku uzyciach zaczyna sie psuc i gucio. Moge sobie maile pisac. Ble. To nie to samo.
Ciekawe jak tam Burek… Sasiadka ostatnio esemesnela, ze „jeszcze zyje”. Brzmi, jakby juz lezala na lozu smierci… Tfu, tfu, przez lewe ramie, moj kot bedzie zyc wiecznie. :D W koncu ma 9 zyc. :)
No nic… To na razie koncze. Trzeba lekcje odrobic. ==’ Swoja droga – tyle pracy domowej ile ja tu odrabiam, to ja nigdy w calym moim zyciu nie zrobilam… :P No nic… to trzymajcie sie cieplo i pozdrowienia z zimnego ale calkiem przyjemnego Paryza. ;)

P.S.
Moglby mi ktos przeslac gar bigosu? Bo ja tu kipne zywiac sie samymi krewetkami… ;>

Nareszcie, nareszcie, nareszcie… Koniec dzikiego siedzenia do późna nad podręcznikami, koniec nerwowego zaliczania, koniec martwienia się o to czy zdam… Nie no, poniosło mnie. ;P Aż tak źle nie było, żebym miała kiblować. :)
I na szczęście, cudem boskim udało mi się zaliczyć i straszną matematykę i obrzydliwą fizykę na 3. :D Się rozumie dumna z siebie jestem niebotycznie. :P Peku zresztą też, jeszcze na lekcji mu wysłałam esemesa, że dzięki niemu zdałam na trójeczkę i że strasznie mu dziękuję. Odpisał, że poleca się na przyszłość. Biedak, przecież ja go zamęczę w ciągu najbliższych 2 lat tą fizyką… Nie wiedział, co pisał, naiwny chłopiec. :P
Teraz tylko muszę trzymać kciuki za drugiego Kurleta, żeby zdał z polskiego. Prezes mówi, że to już jego 5 zaliczenie – za każdym razem Fedan mówi mu, że tak w sumie to wszystko ok, ale żeby jeszcze do niej przyszedł i odpowiedział z czegoś tam…
A że brat zaliczył niemca jak go uczyłam, to w związku z tym wykombinowaliśmy (wykminiliśmy, jakby to pan Piotr powiedział ;P ), żeby przyszedł do mnie w sobotę. I że spróbuję mu jakoś wbić do głowy renesans. Po 3 godziach wypełnionych sonetami, sielankami, traktatami politycznymi, rozmowami biesiadnymi, krzykami mojej siostry, żartami, pieśniami i Kochanowskim brat zaczął ziewać. :P I zwierzył się, że on niecierpi polskiego. Nad majcą mógłby siedzieć cały dzień, ale polski go po prostu odstręcza. Strasznie wrażliwy. :P
A pod koniec swej edukacyjnej wizyty stworzył list do mojej Mamy z prośbą o puszczenie mnie na „Wianki”. Napisał, że Prezes i on biorą za mnie pełną odpowiedzialność – nie wiem, czy Prezes by się ucieszył, gdyby się o tym dowiedział… ;P . Na początku chciał napisać, że zobowiązują się dostarczyć moją skromną osobę „w stanie nienaruszonym” (stwierdziłam, że może zabrzmieć to podejrzanie :P ), potem „w stanie trzeźwym” (ale brat sam doszedł do wniosku, że to brzmi jeszcze bardziej podejrzanie ;> ), także w końcu napisał po prsotu, że zobowiązują się mnie dostarczyć z powrotem do domu przed 0:40. :)
Szykuje się udany przyszły weekend nie ma co – z piątku na sobotę ognisko u Matka, z soboty na niedzielę „Wianki” z Kurletem i Prezesem, a w niedzielę wieczorem opera. W końcu kiedyś trzeba się ukulturalnić. ;>
A 30 wylatuję do Taty… Na francuski. :) Tak jak w tamtym roku. Niby się cieszę ale jednak… trochę mi żal. Będę tęsknić za tymi okropniastymi znajomymi bez których tygodnia przeżyć nie mogę… ;) Cały miesiąc bez nich. To chyba niewykonalne. :P
A właśnie… muszę sobie wybrać książki które wezmę na wyjazd. Zawsze od tego zaczynam pakowanie. :) W końcu nudzić się nie mogę, nie?
… Coś mam takie dziwne wrażenie, że mania wielokropków mnie napadła. To przez brata. :P W końcu kto z kim przestaje, takim się staje. Choć jakby się nad tym głębiej zastanowić, to to oszustwo. W końcu od conajmniej 9 miesięcy kumpluję się z 4 geniuszami matematycznymi i co? Ani trochę nie wpływa to na moją znajomość tego przedmiotu. :P Implikuje – oszustwo. :P
Dobra, kończę mędrkować. W końcu kiedyś wypada się zebrać i wstać – mniej więcej od godziny 8:25, kiedy to podła siostrzyczka mnie obudziła okupuję komputer przyodziana w swą kochaną piżamkę :) . I to wcale nie jest uzależnienie. ;P

Wstałam dziś w środku nocy, czyli o pogańskiej godzinie 7:15. :P Obudzona przez brata, któremu przyszedł do sprytnej główki cudowny pomysł puszczenia mi sygnała zwlekłam się nieżywa z łóżka… Normalnie wstałabym dopiero o 9 bo Zasada jest chora i w związku z tym przepadły nam 2 matematyki z samego rana. Ale niestety to szczęście nie było mi dane – brat miałczał mi wczoraj na gadulcu, żebym przyszła rano do szkoły i pouczyła go niemca bo on nie umie… A sytuacja była poważna bo okazało się, że nie zaliczył sprawdzianu i wychodziła mu równa jedyneczka… :/ Także spędziliśmy upojne 1,5 godziny tłukąc niemieckie słówka, Akkusativ, Dativ i tego typu inne obrzydlistwa. Pod koniec bratowi ;) zaczął się powoli mózg lasować i z dzikim okrzykiem (coś w stylu: „Nienienienienienieeee! Ja już nieee chcę! Nie! Idź! Odejdź! Nie!!!”) uciekał przede mną po całej szatni… ;P Ale przynajmniej po tym maltretowaniu zapamiętał i – co najważniejsze – zdał niemiecki… :) Także dumna z niego jestem niesłychanie. ;P
Anyway… ja też jestem zdolna. ^_- Z chemii mam piękną czwóreczkę wieńczącą moje wzloty i upadki… No i jest gitess. :P
Jeszcze tylko fizyka i matma… Ja nie chcę. :/ Boję się, że nie zaliczę na tróję (klasa matematyczna się kłania…). Ale i tak w najgorszym wypadku będę miała taką średnią jak Prezes. :P Liczyliśmy sobie na biologii. ;) I w związku z tym babka mnie zaznaczyła do pytania. Bo gadałam. No trudno… I tak mi nie zmieni oceny.
Fff… Jak ja już chcę wakacje…

I walk a lonely road
The only one I that have ever known
Don’t know were it goes
But its home to me and I walk alone

łah.

4 komentarzy

… ciężko się znów wraca do pisania. :P Dlatego tak anemicznie się za to zabieram – muszę się znów rozkręcić… cierpliwości. ;)
Odwykłam, po prostu, forgive me.
A teraz najważniejsza informacja dnia, tygodnia, miesiąca i w o góle chyba całego mego życia ;P – panie i panowie, ladies and gentelmans… dziś, dnia 13.06.2005 roku, między 10 a 12, w ciągu 2 godzin spędzonych w knajpie Anna M odkryła, a co ważniejsze – zrozumiała tajniki tej ohydnej i obrzydliwej fizyki. A konkretniej – elektrostatyka już jej nie straszna. ;) Się rozumie strasznie jestem z siebie dumna. :P I bardzo proszę się nie śmiać, bo fizyka od dawien dawna (czyli jakoś tak od 6 podstawówki) stanowiła dla mnie czarną plamę wypełnioną przedziwnymi wzorami niewiadomego pochodzenia, tudzież innymi równie przerażającymi jak i niezrozumiałymi wykresami których mój utrapiony umysł nie był w stanie pojąć… ;> A dziś pojęłam. :D Niesamowite… a to wszystko dzięki Pekowi. Czy jak tam się tę jego ksywę odmienia. :P W każdym razie chodzi o brata brata. Wtajemniczeni (czyli chyba raczej nikt :P ) powinni zorientować się o kogo chodzi.
No, to jeszcze pozostaje mi tylko jutro zaliczyć sprawdzian z fizyki i będę miała spokój. Ze wszystkiego. :) Bo wok szczęśliwie udało mi się zaliczyć – pierwsza szóstka na świadectwie maturalnym już zapewniona. ^^ Dlaczego ja tak nie mam z majcy? :P Tylko przedmioty humanistyczne mnie lubią, niestety. No i chemia. To chyba dlatego poszłam do mat-infu. Z przekory. :P Ale co tam, przynajmniej jest ciekawie… ;) w każdym razie ja nie narzekam.
Dobra, idę. Spanie wzywa – bo do tej pory nie zdążyłam się wyspać po ognisku i koncercie. A już szykuje się następne ognisko – w sobotę u znajomego Kurleta. A potem w następną sobotę u Mateusza. :D Ha, to, to ja rozumiem… ^_-
Zmykam. No, może jeszcez chwilę sobie posłucham Green Day’a. ^^

’cause I wanna be the minority
I don’t need your authority
down with the moral majority
’cause I wanna be the minority
hey

Jestem, znów. Nie było mnie niecały miesiąc a czuję się jak bym nie pisała przynajmniej rok… A czemu milczałam? Hm… Jakoś nie mogłam się zabrać do pisania. Nie wiem czemu, ale musiałam sobie zrobić przerwę, odpocząć trochę od tego. Dać się porwać nurtowi codziennych wydarzeń, wyszaleć na imprezach, pospędzać trochę czasu ze znajomymi.
Przez te kilka tygodni sporo się wydarzyło – Kurlet z Prezesem wreszcie się przełamali i przyszli do mojej Mamy porozmawiać o koncercie (skończyło się na tym, że dawali mi korepetycje z matematyki i załamywali się stanem mojej wiedzy o trygonometrii – po czym z premedytacją wywlekli przy Mamie wszystkie moje mniej chwalebne oceny – nie daruję prosiakom), potem było ognisko u Kurleta na którym poznałam Karolinę i Agę (a już myślałam, śe w klasach humanistycznych trudno o normalne dziewczyny a tu proszę, miłe zaskoczenie ;P ). Ognisko skończyło się tym, że spaliśmy w 7 osób (Kurlet, ja, Prezes, Aga, Kryczas, Student i Wiolka) na jednym kocu, przykryci dwoma śpiworami. Do tej pory się zastanawiam jakim cudem się zmieściliśmy… ;) W każdym razie moim obowiązkiem było sprawdzanie, czy brat jeszcze żyje i czy jest ciepły (nie był zbyt przewidywalny i pomieszał wódkę z piwem i żurkiem w efekcie lądując w krzakach składając hołd naturze, a jak mu się już żołądek uspokoił, to go przyprowadziliśmy i położyliśmy spać przy ognisku, żeby nie zszedł nam przypadkiem w tym lesie…). Przeżyłam chwile zwątpienia kiedy koło 3 nad ranem, jak już zaczęłam zasypiać z prawej strony dobiegło mnie chrapanie Kurleta, zaś z lewej Prezesa. A że wszyscy byliśmy do siebie ciasno przytuleni (w końcu 7 osób na jednym kocu to nie jest norma europejska), nie było jak się uchronić przed tymi odgłosami… Ale jakoś w końcu zasnęłam zastanawiajc się, co by powiedziała Mama wiedząc, że spędzam noc w środku lasu, 30 minut piechotą od najbliższego domu, w niezbyt trzeźwym towarzystwie i w dodatku śpiąc między dwoma chłopcami, którzy nie tak dawno byli u niej, żeby porozmawiać o koncercie na który się z nimi wybieram.
Kiedy obudziliśmy się o 5 nad ranem wyglądaliśmy jak banda bezdomnych – wszyscy zamarzający, stłoczeni przy malutkim, dogasającym już ognisku. Ale było fajnie. ;)
Potem, 7 czerwca w Katowicach był Green Day na który pojechaliśmy busikiem gadając w najlepsze (i tak te 14 osób, które jechało z nami poznało połowę naszych życiorysów, a chłopcy w okolicach Olkusza dowiedzieli się, że poszłam do klasy matematycznej głównie dlatego, że stwierdziłam, że tam będzie więcej chłopców ;D nie muszę chyba opisywać min Kurleta i Prezesa. no ale co miałam ich oszukać…? :P ).
W Spodku było po prostu niesamowicie – najpierw po scenie skakał różowy królik, w trakcie koncertu były takie fajne słupy ognia od których było strasznie gorąco, strzelali do nas z pistoletu na wodę, widziałam tyłek Billie’go Joe ;P , a na końcu z sufitu spadło takie fajne konfetti. I oczywiście skakaliśmy przez całe 2 godziny (po 5 piosenkach tłum rozdzielił naszą trójkę całkowicie, ale okazało się, że każde z nas zostało dopchnięte pod scenę, tylko że w innych miejscach).
A wracaliśmy stopem do Krakowa. Podwiozła nas taka miła pani ze swoją córką. Kurlet odpływał w aucie i nawet w pewnym momencie głowa opadła mu na moje ramię, ale szybko się zreflektował. Potem zwierzał mi się na ucho, że najchętniej to by zasnął, ale się boi, że zacznie chrapać, bo to by było nieeleganckie. I że czasami w domu zaczyna chrapać już przed zaśnięciem… Ja nie wiedziałam, że to możliwe. :P
Anyway udało nam się dojechać do Krakowa nie zasnąwszy. Cudem chyba, ale się udało. :)
No i jest jeszcze jedno wydarzenie godne wspomnienia – wreszcie Kamil wkręcił mnie do intrygi i mogę grać z chłopakami w rpg. :) Ach, jak fajnie. ^^ Mam fioletowe oczy (na złość Kamilowi – jak wypełniał moją kartę, to cały czas mnie pośpieszał i przy rubryce „oczy” wywalając na niego język warknęłam, że fioletowe mają być…) , brązowe włosy, na imię Ariadna (niezwykle wymyślne, nie ma co :P ), jestem człowiekiem (sukces), ksenomantą (taki typ szamanki) i mam moc nad Lurtzem (bohaterem Kurleta, który jest 2 razy wyższy ode mnie) – przez przypadek weszłam do jakiejś świątyni i ożywiłam tego wielgachnego trola, również przypadkiem robiąc z niego wampira… Nasz Mistrz Gry uwielbia komplikować intrygę… To chyba widać. :P

… Lepiej mi jak tak sobie popisałam. Poprawiło mi się trochę samopoczucie, jak sobie poprzypominałam to co śmieszne i fajne. :) I za to lubię bazgrolenie – że można się oderwać od otaczającej rzeczywistości i pogrążyć się w ferii uczuć, wspomnień, wrażeń.
I być tam gdzie się chce być.

Nie żebym coś konkretnego miała na myśli jeśli idzie o tytuł. Tylko tyle, że kochani znajomi stwierdzili, że chodzenie w milusim, wełniastym szaliku w środku maja nie jest oznaką normalności… ;) Co za brak wyrozumiałości! :P Dlaczego nikt nie wziął poprawki na to, że byłam chora i skrzeczałam jak żaba w stawie?
No, mniejsza z tym. :P W kinie w czwartek było niezwykle… nudno. Okazało się, że seans na który mieliśmy iść odwołali i w efekcie wylądowaliśmy na potwornie nudnym i niesamowicie głupim „Zupełnie jak miłość” czy jakoś tak… Całe szczęście, że po lewej miałam Bastka (a to dlatego, że kupiliśmy sobie na spółkę największe pudło popcornu i colę), a po prawej Natkę – co chwilę gadałam bądź to z jednym, bądź to z drugim. :) I razem pilnowaliśmy Piotrusia, żeby za bardzo nie podziwiał wątpliwych uroków głównego bohatera, bo jeszcez by się biedak przypadkiem zakochał… :P Choć przyznam, że mieliśmy chwilę słabości i byliśmy bliscy odpłynięcia w objęciach Morfeusza… ale na szczęście jakoś wytrzymaliśmy. ^_- Do tej pory nie wiem jak. :P
A we flirta nie graliśmy (choć na początku mieliśmy taki zamiar, gdyby film okazał się nudny) a to z tego prostego względu, że cudnej geografii nie było i spędziłyśmy z dziewczynami upojne 45 minut siedząc w szatni (tam jest taka dłuuuuuuuuuuuga ławka :) ) i grając w rzeczonego flirta. :)
Nie powiem, było gorąco, aż się chłopcy ze zdziwieniem patrzyli… ;>
A w piątek brat wrócił do szkoły (również był chory, a jak w poniedziałek usłyszał od Dochy, że mnie nie ma bo się rozchorowałam, to się jej wielce skruszony zwierzył, że to chyba jego wina. patrzcie go, jaki pożądny… sumienie go chyba gryzło :P ). Tyle, że brat najwyraźniej oszalał, bo się obciął. I teraz wołamy na niego „szóstoklasista”. To wszystko przez tę cudną grzywkę… :P Jeszcze mu nie zakomunikowałam, że w związku z tym, że wpadł pod kosiarkę go wydziedziczę z rodziny. Poczekam do poniedziałku. ;)
W każdym razie świniak z niego. Na wychowawczej w piątek Aśka i Torfik opowiadały o różnych typach rodziców (a to dlatego, że co tydzień inna grupka ma przygotować jakiś artykuł i dyskusję o nim. ja już mój na szczęście przeżyłam – uświadamiałam szanowną klasę, że jak będą się bujać na fotelu bujanym i pogryzać marchewkę żując gumę to łatwiej zapamiętają to, czego się uczą ;> ). W każdym razie typów było tak z 7, co jeden to gorszy. ;) Coś w stylu „rodzice zbyt ambitni”, „rodzice których nie da się do niczego przekonać” itp. A ta świnia nakrapiana, ten brat zielony, Kurlet w sensie, wysłał mi smsa treści takowej: „Mam jeszcze jeden rodzaj – rodzic żądny krwi”. że niby taka żaluzja do mojej Mamy (Kurlet umiera ze strachu na sam dźwięk tego słowa „MamaAnki”… ;D w związku z tym jak czasem nie chce się na coś zgodzić, to go można tak fajnie postraszyć… ;) )
Dobra, zmykam, Mama wygania… pa :)


  • RSS